Wstęp
“Późna pora dnia nie pozwoliła na wyszukanie odpowiedniego miejsca na którem dałoby się rozbić namiot. Musieliśmy zatem całą noc przetrwać w wysoce niewygodnych pozycjach, pół siedząc – pół leżąc. Pogoda, która już w czasie pierwszego dnia wyprawy zaczęła zmieniać się na gorsze, zepsuła się definitywnie. Przyszła gęsta mgła, chwilami śnieg. Najgorsze jednak stanowiły lawiny pyłowe walące bez przerwy z górnych części ściany. Przez całą noc szły – prosto na nas – zasypały też nas zupełnie.”
Tak wspomina pierwszą noc w ścianie Zbigniew Korosadowicz który wraz z Janem Staszlem podjął się próby przejścia północnej ściany Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. To ten szczyt który wszystkich widzących go po raz pierwszy wgniata w ziemię. Wyrasta on bezpośrednio z tafli Morskiego Oka całkowicie dominując krajobraz doliny, a biorąc pod uwagę statystykę tylko z 2021 roku mówiącą o ponad milionie turystów nad Morskim Okiem jasne staje się, że to uczucie zdominowania zna spora część z nas.
To wszystko oraz niezaprzeczalne piękno tego miejsca sprawia, że jest to jeden z najczęściej fotografowanych górskich widoków w Polsce, i ja również zrobiłem tutaj zdjęcie, które moim zdaniem jest jednym z najważniejszych jakie mam w portfolio. Ale czy to możliwe aby wykonać dobre zdjęcie podczas gdy miliony ludzi co roku robi niemal dokładnie ten sam kadr? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie ale by to wyjaśnić pozwólcie, że zabiorę Was kilka lat wstecz.
Kilka słów o Mięguszowieckim Szczycie Wielkim
Wierzcie lub nie ale dopiero w styczniu 2018 roku moja noga po raz pierwszy stanęła u stóp Morskiego Oka, miałem wtedy już blisko 30 lat, a było to podczas towarzyskiego wyjazdu z rodziną oraz przyjaciółmi. Nawet nie dosłownie stanęła, bo bezpośrednio na taflę nie odważyłem się wejść z uwagi na nadciągające załamanie pogody.
I pomimo tego, że aura była wówczas niegościnna, wiał niesamowicie silny wiatr, moją duszą absolutnie zawładnął Mięguszowiecki Szczyt Wielki. I będę z Wami szczery wówczas nawet nie specjalnie wiedziałem na co patrzę. Byłem po prostu zahipnotyzowany i liczyła się tylko dla mnie obecność tej góry, wrażenie które wywierała, emocje które wzbierały na jej widok, to poczucie piękna, estetyki ale również przygniatającej siły natury. Tak naprawdę pogoda tylko potęgowała wrażenie niedostępności i surowości. Choć widzieliśmy się tylko kilka chwil, to wystarczyło aby moje myśli przez następne dwa lata krążyły tylko wokół tego miejsca. Zresztą szczerze powiedziawszy nadal MSW jest w mojej głowie bardzo często.
Gdy wróciłem na niziny przeczytałem chyba wszystko co możliwe o Morskim Oku oraz jego najbliższej okolicy. Poznałem legendy o podziemnym połączeniu stawu z Adriatykiem, czy o powstaniu Mnicha, przyjrzałem się topografii mogąc już bez kłopotu rozpoznać Cubrynę, Hińczową przełęcz, czołówkę msw, bandziocha czy maszynkę do mięsa. Jednak północna ściana Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego pozostawała najważniejszym elementem krajobrazu. Wysoka na 1044 metry licząc od tafli Morskiego Oka jest jednocześnie rzekomo najwyższą ścianą przekraczającą 45 stopni w Tatrach.
Co prawda MSW mierzy mniej niż Rysy, bo 2439 metrów w porównaniu do 2499 to i tak całkowicie dominuje krajobraz doliny. Zresztą jeśli ktoś nie wie gdzie patrzeć to Rysy znad Morskiego Oka nie są oczywiste, a na pewno nie robią takiego wrażenia jak Mięgusz. Dla zwykłego śmiertelnika, ta północna ściana wydaje się absolutnie dziewicza i nie przebyta. Jestem przekonany, że niemal każdy stający nad Morskim Okiem po raz pierwszy w życiu nie potrafi sobie wyobrazić aby możliwe było wejście na MSW północną ścianą.
Pierwsze zimowe wejście
A jednak znaleźli się śmiałkowie którzy postanowili spróbować swoich sił i czegoś się na tej ścianie nauczyć. W zimowych warunkach ściana uchyliła rąbek swoich tajemnic po raz pierwszy w 1936 roku wyprawie w dwuosobowym składzie w postaci cytowanego na początku Zbigniewa Korosadowicza i Jana Staszla. Było to tak wielkie wydarzenie, że ówczesny miesięcznik Taternik poświęcił tej wyprawie aż trzy strony, a należy docenić wagę druku w tamtych czasach. Nie jest też niczym dziwnym, że wydarzenie odbiło się sporych echem gdy uświadomimy sobie skalę przedsięwzięcia. Powtórzmy zatem jeszcze raz garść faktów.

Jest 7 kwiecień 1936 roku, dwóch śmiałków decyduje się spróbować swoich sił na północnej ścianie MSW mierzącej licząc od tafli Morskiego Oka 1044 metry wysokości względnej. Te dwa punkty wielkości 5 pikseli u podstawy ściany są odpowiednio wyskalowaną reprezentacją ciała mężczyzn liczących mniej więcej 1,8 wzrostu.
Co ciekawe była to już trzecia próba Korosadowicza. Dwie poprzednie podjęte w 1934 roku zakończyły się szybką porażką. Jak wspomina sam Korosadowicz:
„Mięguszowiecki wyszczerzył zęby i to jeszcze przed połową ściany. Komin, którym wiedzie droga letnia, zawalony lodem był niedopokonania. Dzióbaliśmy w lodzie ze Stasiem sporo godzin – bez skutku.”
Jednak tego dnia, podczas swojej trzeciej próby Korosadowicz oraz Staszel pokonują komin i napierają dalej północną ścianą. Należy pamiętać, że wspinaczka w tamtych czasach była na zupełnie innym poziomie zarówno technicznym jak i sprzętowym dlatego wspinacze zmuszeni są do pierwszego biwaku jeszcze przed osiągnięciem północno-wschodniej grzędy. Korosadowicz tak wspomina ten nocleg:
„Przyszła gęsta mgła, chwilami śnieg. Najgorsze jednak stanowiły lawiny pyłowe walące bez przerwy z górnych części ściany. Te pyłówki zaczęły nam towarzyszyć od chwili wejścia w komin i nie opuszczały prawię na chwilę – początkowo malutkie, stopniowo coraz bardziej wzrastały, aż doszły do rozmiarów groźnych.”
Drugiego dnia wspinaczom udało się osiągnąć północno wschodnią grzędę. Gdy dotarli do miejsca gdzie formacja wrasta w kopułę szczytową warunki nieustannie się pogarszały w związku z tym pojawiła się u nich myśl aby na tym poprzestać próbę i zejść w kierunku Mięguszowieckiego Kotła. Mimo wszystko zdecydowali się iść dalej jednak właśnie z powodu warunków zespół zrezygnował z przejścia rynną i wybrał drogę Zachodem Janczewskiego na którym zresztą rozbili kolejny biwak. Na grań wydostali się dopiero trzeciego dnia około 9 rano. Korosadowicz napisał:
„Tu na odmianę przywitał nas silny wiatr. Spodziewaliśmy się, że grań, w lecie nieco trudna choć dość stroma, nie nasunie nam większych trudności – znów jednak zawiedliśmy się srodze. Oblepiona śniegiem i lodem wymagała żmudnego i pożerającego już i tak wyczerpujące się nasze siły, kilkugodzinnego rąbania się w lodzie i śniegu.”
Wreszcie około południa zespół osiąga wierzchołek dokonując pierwsze przejścia północnej ściany MSW. Po wszystkim bezpiecznie schodzi do schroniska i odnotowuje swoje przejście. W ten sposób niemożliwe stało się faktem. Po 30 latach od pierwszego w ogóle zimowego wejścia na MSW północna ściana została sforsowana. To jednak nie jest koniec historii ponieważ Korosadowicz oraz Staszel, nie ujmując im niczego z wielkości wyczynu, nie przebyli całej ściany, ponieważ skorzystali z wspominanego wcześniej Zachodu Janczewskiego, a w świecie wspinaczki górskiej linia drogi odgrywa spore znaczenie.

Czym jest Direttissima?
Włoski wspinacz Leonardo Emilio Comici nazywany „Aniołem Dolomitów” miał powiedzieć kiedyś, że „chciałby pokonać drogę, która będzie wiodła tą samą linią jak spuszczona ze szczytu kropla wody”. Dziś powyższe słowa są w zasadzie nieoficjalną definicją Direttissimy, a właściwie jej bardziej surowej siostry czyli Superdirettissimy. Encyklopedycznie rzecz ujmując jest to rodzaj drogi wspinaczkowej która wiedzie najbliżej linii spadku wierzchołka, czyli tak jak wspomniana wcześniej spadająca kropla wody.
Nie wchodząc teraz w kontrowersje wokół powstania wielu SuperDiretek jak zdrobniale je nazywano, które wytyczano degradującą ściany techniką hakową, było tylko kwestią czasu gdy ktoś powróci na północną ścianę MSW z ideą wytyczenia SuperDiterettissimy.
SuperDirettissima z 1976 roku
Tym kimś był zespół składający się z Denisa Davisa, Jacka Rusickiego i Wojciecha Kurtyki – tego samego Kurtyki który później, w latach 80tych działa w Himalajach i Karakorum wchodząc na Gaszerbrumy czy Broad Peak. Wróćmy jednak w Tatry, do roku 1976 i do zimowej próby wytyczenia SuperDirettissimy w ścianie MSW, czyli idealnie prostej linii na wierzchołek.
Tym razem zespół składa się z trzech osób i nie atakują Gruszki od lewej, ale, jak nakazywałaby spadająca kropla wody, od prawej, jak najbliżej prostej linii. Przechodzą przez tzw. Mały Bańdzioch i pionowo pokonują Środkowy Bastion. Później kilka mniejszych zakosów i wdzierają się na Bańdziochową Ławkę nad Nietoperzem. Ignorując grzędę po lewej dalej napierają pionowo, docierając do podstawy kopuły szczytowej, gdzie zapewne kusi ich zachód Janczewskiego, jednak zespół dalej napiera pionowo w górę, przez trudny Filar Zaremby i w końcu osiąga szczyt wytyczając tym samym SuperDirettissimę – niemal idealnie prostą linię od podnóża ściany po szczyt. Znów, po nieco ponad 30 latach od ostatnich wydarzeń, niemożliwe stało się możliwe.

Znaczenie drogi
Dlaczego ta historia jest dla mnie taka ważna? Jak wspominałem, gdy pojawiłem się nad Morskim Okiem po raz pierwszy, nie mogłem odwrócić wzroku od północnej ściany Mięgusza. Nikt nie może. Jestem przekonany, że każdy kto widzi tą górę po raz pierwszy będzie oszołomiony. Gdy tam jesteś i widzisz ją na własne oczy, wraz z całym anturażem, wiatrem, przestrzenią, chłodem, wydaje się górować nad każdą żyjącą istotą i ustawiać ją w hierarchii istnienia dużo niżej, miażdżąc swoim ciężarem.
A jednak, jak uczy nas historia, jeśli odpowiednio się przygotujesz, poświecisz czas na trening, zdobywanie wiedzy oraz umiejętności to możliwe stanie się pokonywanie nawet największych trudności. To może się nie udać za pierwszym razem, drugim razem, być może nawet zajmie to 30 lat i dopiero Ci którzy będą po Tobie będą mieli swoją szansę ale wciąż. To co dziś wydaje się nie możliwe, wcale nie musi takie być jutro.
Dlatego gdy pojawiłem się w tym miejscu ponownie, na początku marca 2020 roku z zamiarem podjęcia swojej pierwszej próby zimowego wejścia na Rysy, nie mogłem się nie zatrzymać i nie uwiecznić tego widoku.
Wydawać by się mogło oklepanego, fotografowanego co najmniej milion razy, ale jeśli wiedzieć na co patrzeć, i co chce się pokazać, wówczas takie zdjęcie może nabrać nieco innego wyrazu.
Skupiłem się więc tylko na ścianie Mięgusza, ignorując całe piękno dookoła. Poczekałem na moment w którym pierwsze promienie słońca oświetlą kopułę szczytową oraz jeden z ostatnich odcinków SuperDirety czyli Filar Zaremby.
Oto i ona. Wysoka na 1044 metry północna Ściana Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego w towarzystwie takich znakomitości jak Cubryna i Mnich po prawej oraz Pośredni i Czarny Mięguszowiecki szczyt po lewej.
Pięknie zarysowały się wszystkie kluczowe formacje jak Gruszka, Mały Bańdzioch, Środkowy Bastion, Nietoperz, Ławka nad Bańdziochem, czy Filar Zaremby.
To właśnie tędy w 1976 roku trzech ludzi udowodniło, że nie możliwe nie istnieje i wytyczyli jedną z najpiękniejszych linii wspinaczkowych w Tatrach. Cały proces od pierwszego zimowego wejścia jakąkolwiek drogą z 1906 roku po cudowną SuperDirete z 1976 zajął 70 lat. Pomyślcie ilu ludzi przez ten czas o tym myślało, zastanawiało się jak przejść tę ścianę, planowało to przedsięwzięcia czy po prostu o nim marzyło. Na pewno dziesiątki, jeśli nie setki, a może nawet tysiące. Nie możliwe? Nie istnieje. Dlatego tak bardzo lubię to zdjęcie, jest dla mnie symbolem ludzkiej wytrwałości w dążeniu do celu i stałego upiększania tego co już zostało zrobione, aż do osiągnięcia formy bliskiej perfekcji. Nawet jeśli nie mi, to być może komuś innemu, dzięki mojemu malutkiemu wkładowi, uda się zrealizować coś dobrego, o czym sam marzyłem, a ponieważ ostatecznie, wszystkie nasze losy się przecinają, uzależnione są od poprzedników, a wpływają na następców napawa mnie optymizmem nasza determinacja do zamieniania rzeczy dzisiaj niemożliwych w rzeczywistość jutra. Wymyślanie koła na nowo to nie przejaw obłędu, to droga do doskonałości.
I zupełnie tak jak w 1906 roku wydawało się niemożliwym zimowe pokonanie północnej ściany MSW. Nawet dziś, każdy kto widzi tę górę po raz pierwszy zna to uczucie, a jednak 70 lat po pierwszym zimowym wejściu ktoś wytyczył na ścianie idealną SuperDirettisimę.
Dziś niemożliwym wydaje nam się świat bez wojen, ale wierzę w ludzką potrzebę zmieniania niemożliwego w prawdopodobne, później dokonane, a na końcu piękne.
I dlatego to zdjęcie ma dla mnie takie znaczenie. Bo widzę na nim, że wszystko jest możliwe.
